piątek, 1 czerwca 2012

Największy księgozbiór z socjologii muzyki w Polsce?

http://212.182.106.58/wbp/images/stories/agendyikatalogi/czytnauk4.JPG

Decydenci przyznający granty wewnętrzne na Wydziale Nauk Historycznych i Pedagogicznych UWr przyznali mi grant na zakup książek, które uzupełnią zasoby biblioteczne Biblioteki Kulturoznawstwa i Muzykologii UWr.

Grant rozpisałem na 26 książek z czego aż 24 są anglojęzyczne. Mam wrażenie, że ten zbiór publikacji z socjologii muzyki jest unikalnym zestawem w skali Polski. Myślę, że nikt u nas (ani w zbiorze prywatnym, ani instytucjonalnym) nie ma takich zasobów.

Tym bardziej dziękuję firmie Juribooks.pl za usługę w niskiej cenie. Oby księgozbiór służył nie tylko mi i temu blogowi, ale przede wszystkim studentom muzykologii UWr, którzy może kiedyś będą dostawali tytuły magistrów muzykologii w zakresie socjologii muzyki. 

Otwarcie takiej specjalizacji w drugiej połowie lat 1970tych było planem Instytutu Muzykologii UW, który konkretyzowała prof. Zofia Lissa. Plan został zarzucony po zmianie obsady kierowniczej, gdy Lissę zastąpiła prof. Anna Czekanowska, bardzo skutecznie kładąca nacisk na rozwój etnomuzykologii. Naturalnie, jest to dziedzina pokrewna socjologii muzyki. Wystarczy przejrzeć tom pod redakcją prof. Elżbiety Tarkowskiej pt. Socjologia a antropologia. Stanowiska i kontrowersje, aby wyzbyć się wątpliwości. Jednak etnomuzykologia często (?) rozmija się z poznawczym interesem socjologii, chociaż ta sprawa na pewno zasługuje na dokładniejsze zbadanie.

Obecnie, we Wrocławiu prof. Maciej Gołąb w pewnym sensie chce kontynuować dydaktyczne dzieło Lissy. Mam nadzieję jednak, że studenci wrocławskiej muzykologii mogli studiować socjologię muzyki, która będzie nieco uaktualnioną dzięki dziekańskiej kasie. A tu lista książek.
Share:

czwartek, 24 maja 2012

Prestiż muzyki elit?



http://www.skytower.pl/html/images/index2.jpg


Centrum Wrocławia, środowe popołudnie, temperatura dość wysoka. W okolicach przejścia podziemnego na Świdnickiej zaczynam zauważać coraz więcej mężczyzn pod krawatem i w marynarkach w średnim wieku i w towarzystwie całkiem elegancko ubranych pań w zwiewnych sukienkach. Czerwony dywan przed budynkiem Opery Wrocławskiej. Rozstawieni ochroniarze i hostessy z jakiejś agencji modelek. Zatrzymuję się i pytam pana w odblaskowej kamizelce z napisem Sky Tower (w socjologii taka metoda pozyskiwania danych nazywa się bodajże wywiadem spontanicznym).

– Przepraszam, co tu się dzieje, czy to jakiś bankiet z okazji otwarcia Galerii w Sky Tower?
– Nie - dowiaduję się. Endjo Morricone gra.

Sky Tower, jakby ktoś nie wiedział, to obecnie najwyższy budynek w Polsce, jeśli chodzi o wysokość do dachu. Pałac Kultury i Nauki w Warszawie przewyższa go o 18 metrów iglicy i na razie nie zanosi się, aby gdzieś na terenie Polski stanął wyższy budynek. Pomysłodawcą i głównym inwestorem jest Leszek Czarnecki (właściciel Get'in Banku, Open Finance, kilku innych instytucji finansowych i mąż Jolanty Pieńkowskiej). Otwarcie tego wieżowca to faktycznie ważne wydarzenie dla Wrocławia, Dolnego Śląska i pewnie całej Polski i pewnie dlatego na uroczystość zaproszono wielu znanych gości: Lecha Wałęsę, Leszka Balcerowicza – sam też zaprosiłbym tylko swoich znanych imienników;-) – czy wspomnianego już Ennio Morricone).


Ten ostatni, włoski kompozytor muzyki filmowej jednak nie grał, wbrew temu, co powiedział pan ochroniarz (weryfikacja wiedzy respondenta zwykle bywa mniej banalna!), a dyrygował rzymską orkiestrą wykonującą zapewne jego kompozycje. Tu chciałbym się zatrzymać na moment, bo myślę, że zaproszenie p. Morricone mówi nam coś ciekawego o funkcjonowaniu muzyki nie-popularnej bądź nie-rozrywkowej we współczesnym polskim społeczeństwie.



Zaproszenie do Wrocławia na otwarcie Sky Tower twórcę muzyki filmowej - moim zdaniem - świadczy o pozycji muzyki jako sfery kultury, gustach elit oraz odbiorze zachowań elit przez tych, którzy do nich nie należą.


Zacznijmy od końca. Mam przeczucie, że zauważalna zbiorowość będąca nie-elitami mocno fascynuje się życiem elit (aktorów, polityków, dziennikarzy, celebrytów). Czytając Fakt, SuperEkspress czy Pudelka podglądają, co jest modne, co należy nosić, oglądać i też czego należy słuchać. Akceptacja jakiegoś dobra kultury przez elity sprawia, że część osób socjalizuje się do elitarnego (a dokładniej mówiąc pseudo-elitarnego) gustu. Wiadomość dla tzw. mas jest następująca: Ennio Morricone to ktoś wart zaproszenia na otwarcie największego polskiego wieżowca, który jest własnością czwartego na liście Forbesa najbogatszego Polaka, a więc ktoś kto musi robić na prawdę dobrą muzykę.

http://static0.blip.pl/user_generated/update_pictures/2605949.jpg

Co do gustów elit, czyli tych którzy decydowali kogo zaprosić na tę uroczystość, kto swoją obecnością i działalnością na prawdę ją uświetni, kto wreszcie wrzuci ją na wyższy poziom ukulturalnienia, to właściwie muzycznie wielkiego wyboru nie było. Należy pamiętać bowiem o tym, że fakt istnienia i rozwoju kultury popularnej zmienił również oblicze i zasady funkcjonowania w ramach tzw. kultury wyższej. Ennio Morricone nie napisał żadnej sonaty, symfonii, mszy czy nawet operetki. Jest kompozytorem muzyki filmowej, którego słynnym uczyniły westerny, będące istotnym elementem rosnącej w siłę popkultury w latach 1950tych i 1960tych w USA. Przebywając przez dwa dni poprzedzające koncert orkiestry pod batutą Ennio Morricone w Katedrze Muzykologii UWr, rozmawiając z muzykologami i studentami muzykologii nie odczułem, aby dla kogokolwiek było to muzyczne wydarzenie sezonu. Nie chcę stawiać tezy, że Morricone dla muzykologów jest jak Paulo Coelho dla filologów/filozofów – synonimem kiczu, lecz zdaje mi się, że nie jest to muzyka wymagająca od odbiorcy gruntowniejszego przygotowania estetycznego.


Dlaczego więc elity oddają hołd kompozytorowi o którym specjaliści nie wypowiedzieliby się równie entuzjastycznie? Bo po pierwsze obecne polskie elity z awansu społecznego pod względem partycypacji kulturalnej nie różnią się diametralnie od nie-elit. Nie zaproszono co prawda Piotra Rubika, a Ennio Morricone, ale rodzaj udawania religijnego misterium muzyki hiper-poważnej myślę, że ma miejsce w przypadku obu wykonawców. Ponadto, istotne zdaje się jeszcze to, co ogarnia zarówno elity, jak i nie-elity, czyli oddziaływanie sfery wizualnej na sferę audialną i tu decyzja Ennio Morricone, by zajmować się tylko muzyką filmową była karierowym strzałem w dziesiątkę, ponieważ to nie wartość muzyczna nadała mu mocną pozycję w polu muzyki, a rodzaj katapulty jakim dla jego twórczości stał się film.


Jednak proszę nie odczytywać tych słów jako jeremiady, tylko jako analityczne spojrzenie na współczesne polskie elity.
Share:

poniedziałek, 21 maja 2012

Krytyka i obrona prowincjonalnej kultury muzycznej


http://www.chip.pl/images/2012/05/10/07052012162557ertert.jpg/image_full



Myślałem, że przebywając w polskiej Holandii w weekend majowy przegapiłem temat, którego powinienem wręcz oczekiwać, czyli dyskusję wokół piosenki wybranej na ,,hit biało-czerwonych'' na Euro 2012. Jednak temat ciągnie się jeszcze dłużej. Więc może jeszcze załapię się na jakiekolwiek zainteresowanie;) Zwłaszcza, że np. mój znajomy, właściciel strony steglinski.com polecał mi zajęcie się tym tematem. Gwoli poprawności poniżej ta wersja zwycięskiego Koko koko, Euro spoko Jarzębiny, którą uważam za ,,obowiązującą''.




Zacznę od tego, że melodia tej piosenki nie jest własnością zespołu śpiewaczego Jarzębina. Nie jest też własnością zespołu Śląsk, ani Wojciecha Kilara. Jak wskazał dyrektor Śląska p. Zbigniew Cierniaki, iż melodia tego utworu to swego rodzaju public domain, bo jest to melodia ludowa, więc jak wiadomo ma wiele swoich wariantów i niepodobna komukolwiek przypisać jej autorstwa. Wojciech Kilar, który dostosował melodię ludową do stylistyki folklorystycznej dla Śląska zatem nie też nie dokonał kradzieży. Zaadaptował tylko dziedzictwo przeszłości do współczesności, czyli państwowo re'animowanej kultury ,,ludu pracującego miast i wsi''.




Podobnie dziś jest z przystosowaniem ludowej melodii pt. Kogut do ram konkursu na hit biało-czerwonych. Mam przekonanie graniczące z pewnością, że główna melodia refrenu Koko koko... wzorowana jest na dźwięku wydawanym przez kury, nie koguta. Przypomina mi się, jak w dzieciństwie rzucałem kamieniami w kury, a te uciekając używały wyższego tonu głosu, który odpowiada tonom sylaby spo- w tym refrenie. Myślę więc, że inspiracją dla tej melodii była zwykła obserwacja własnego pejzażu dźwiękowego. Może to właśnie dlatego, że wiejski pejzaż dźwiękowy jest odmienny od miejskiego, to wielu współczesnch Polaków ów hit drażni? Jednak na pewno Koko... jest dopasowane do reguł współczesnej kultury popularnej, ponieważ jest w pewnym sensie remiksem (mówiąc nieco bardziej uczenie: partycypuje w kulturze remiksu), połączeniem muzyki rockowej z ludową. I to muzyką ludową bardzo charakterystyczną dla naszego makroregionu etnograficznego, w którym występuje śpiew biały. To znaczy, taki rodzaj śpiewu, w którym używa się całkowicie otwartego gardła. Z zajęć z folkloru z p. dr. Piotrem Grochowskim (autorem książki Dziady. Rzecz o wędrownych żebrakach i ich pieśniach) pamiętam, że obecnie w miastach zarówno polskich, jak i zachodnich ten typ śpiewu jest nauczany przez specjalnie szkolonych etnomuzykologów praktyków za pieniądze, a więc przeżywa (albo przeżywał, bo zajęcia z folkloru to miałem w 2007 roku...) swój renesans.


Nie da się ukryć jednak, że wybór tej piosenki na hit (czyli jakoś pojęty syntetyczny symbol) biało-czerwonych może nie podobać się niektórym, bo pokazuje Polskę jako kraj dalece niecywilizowany, gdzie zapewne archaiczne formy śpiewu są przekazywane oralnie na wsi, nie w mieście przez nauczycieli akademickich. Swego czasu nawet kojarzony z prawicowym oszołomstwem Wojciech Cejrowski narzekał na mało-modernizacyjny i chłopski wizerunek [zob. od 1:33] Polski w nowych, unijnych paszportach. Jednak należy pamiętać, że muzyka wydana przez kulturę ludową charakteryzowała się tym, że była łatwa w odbiorze dla większości. Przez to jej melodie łatwo wpadały w ucho, a przez to ucho w społecznie wykształcone struktury umysłu. Dlatego myślę, że taka - może i nawet - uproszczona melodia mogła odnieść sukces masowy. W 2010 roku, gdy p. Shakira zdobywała listy przebojów z oficjalną piosenką mistrzostw świata w piłce nożnej Waka waka (remiks kultury afrykańskiej z anglosaską) jakoś nikomu nie przyszło do głowy, by bić w dzwon o nazwie: wstyd na arenie międzynarodowej.


Czesław Robotycki w 2008 roku w periodyku Konteksty. Polska Sztuka Ludowa przedstawił pojęcie kultury prowincjonalnej. Według tego badacza „kultura prowincjonalna” to współczesna struktura mentalna, objawiająca się w rytuale czy obrzędzie pozbawionym mityczno-magicznego sensu. Ta „nowa kultura ludowa” miesza wiedzę etnograficzną z istniejącymi tradycjami. Ludowość tej kultury jest często ekspercko i animatorsko wspieraną rekonstrukcją przeszłości na aktualne potrzeby festynów, agroturystyki czy lekcji regionalnych. Obecnie trafniej mówić właśnie o kulturze prowincjonalnej niż ludowej. Kultura ludowa to taki stół o czterech nogach. Elementy, na których opierała się to chłopska gospodarka (1.) i właściwe jej uposażenia materialne (2.), a także specyficzna organizacja społeczna istnienia jednostek całe życie w obrębie tej samej grupy terytorialnej (3.) oraz religijnego i mito-magicznego światopoglądu (4.). Taki stan rzeczy nie istnieje współcześnie. Można spotkać się z jego pozostałościami, jak na przykład „tradycyjnymi potrawami”, przysłowiami czy obrzędami „wskrzeszanymi” w Gminnych Ośrodkach Kultury. Zespół Jarzębiny na pewno wpisuje się w to pojęcie i nie miejmy złudzeń, że oto on odzwierciedla kulturę przodków. Jest to współczesna reinterpretacja jej. O podobnej problematyce wypowiadali się socjologowie co najmniej dwukrotnie. Najpierw w 2008 roku był to Adam Czech w pracy pt. Sprzedawcy wiatru. Muzykanci i ich muzyka między wsią a miastem oraz potem w 2011 Marta Trębaczewska w pracy pt. Między folkiem a folklorem. Muzyczna konstrukcja nowych tradycji we współczesnej Polsce. Polecam te prace wszystkim, których interesuje, dlaczego Jarzębiny mogły wygrać ten SMSowy konkurs.


Na koniec dodam, że sukces Jarzębiny, czyli nieprofesjonalnej grupy muzycznej mówi nam też coś o ,,nędzy'' profesjonalnej rozrywkowej sztuki muzycznej w Polsce. Feel, Kabaret OT.TO, Liber, Maryla Rodowicz czy Wilki nie przekonały do siebie publiczności. Ponadto najciekawszy chyba jest sam pomysł na organizowanie konkursu na piosenkę mistrzostw, co może sugerować o głębokich psycho-somatycznych związkach między sportem a muzyką.

***
Dopiszę jeszcze, że wbrew pozorom  Koko... nie jest oficjalnym hymnem Euro, bo owym jest piosenka p. Oceany (czyt. ołsziany). Wszak któż by dopuścił muzyków spoza centrum do tak ważkiej roli, jaką jest bycie wykonawcą oficjalnej piosenki mistrzostw.

Share:

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Socjologia muzyki w debacie, konferencji i prezentacji, czyli wieści z ostatniej chwili

 http://sknbnk.comoj.com/wordpress/wp-content/uploads/2011/04/Oxford-Union-Debate1.jpg


Zbiegły się w minionym tygodniu cztery wydarzenia, rzadkie wg mnie jak na nasz kraj i kondycję naszej socjologii muzyki.

We wtorek 17 kwietnia we wrocławskiej kawiarni Literatka wrocławski socjolog i jazzman dr Igor Pietraszewski dyskutował o swojej książce z ikoną polskiego jazzu Wojciechem Karolakiem oraz prof. Stanisławem Beresiem. W dyskusji odniesiono się do wielu ważnych spraw, z czym można się zapoznać słuchając całej dyskusji. Na uwagę zasługuje kilka kwestii. Przede wszystkim poruszono problem mitu założycielskiego polskiego jazzu, głoszącego, iż jazz jest muzyką wolności, czyli głoszącą wolność, odwołującą się do niej i powszechnie wyznającą ją. Dlaczego więc po 1989 roku - czyli dacie w jakiś sposób korespondującej z pojęciem wolności - jazz w Polsce nie przeżywa bujnego rozkwitu a raczej regres? Igor Pietraszewski odpowiada na to pytanie, mówiąc że jazz w Polsce miał się lepiej przed 1989 rokiem, gdyż muzycy dotowani byli z państwowej kasy. I to właśnie jest druga, istotniejsza część mitu założycielskiego jazzu w Polsce. Jazz nie był tak na Prawdę muzyką wolności, bo utrzymywany był za pieniądze anty-wolnościowego państwa. Jednak, zgodnie z teorematem Thomasa rzeczywiste jest to, co ma rzeczywiste konsekwencje, jeśli jazzmani wierzyli w to, że za państwowe pieniądze partycypują w festiwalach wolności, to tak też było. Właśnie ten wgląd w społeczny świat jazzu, czego małym przykładem jest omówienie mitu założycielskiego, moim zdaniem jest największą zaletą pracy Igora Pietraszewskiego, który nie ogranicza się do badań publiczności, a sięga w inne (chciałoby się rzec: głębsze) zakamarki problemu. Dodam tylko jeszcze, że debata pod patronatem Oddziału Wrocławskiego Polskiego Towarzystwa Socjologicznego.


Dzień później, bo 18 kwietnia wrocławscy kulturoznawcy zorganizowali spotkanie (pt. Audiosfera lasu) z absolwentem swego Instytutu, Pawłem Bilińskim, w roli głównej, który jest specjalistą w zakresie wabienia zwierząt i właścicielem witryny wabiki.pl. Spędził on wiele miesięcy w lesie obserwując i kategoryzując dźwięki wydawane przez różne zwierzęta. Wielu umiejętności wabicielskich nauczył się od myśliwych choćby Bieszczad. Paweł Biliński jakoże jest praktykiem z tej dziedziny większość spotkania poświęcił prezentacji instrumentów służących do wabienia różnych zwierząt i znaczeniu tych odgłosów. Zatem nie mieliśmy tam do czynienia z genderem, postmodernizmem ani dekonstrukcją, a zsocjobiologią. Chociaż przez to, że spotkanie odbywało się w humanistycznej części akademii, to po prezentacji padły pytania z sali o tzw. zniewalająca moc kultury. Miałem wrażenie, że skupiano się na tym, ile - że tak to ujmę - kultury w naturze, bo pytano o socjalizację zwierząt, dialekty odgłosów zwierzęcych i to skąd wiadomo, jakie są znaczenia tychże odgłosów. Pominięto wg mnie przeciwną perspektywę, czyli ile - że tak to uproszczę - natury w kulturze, a więc np. to jak można na dyskotece zastosować wiedzę wyniesioną z obserwacji rykowiska. Zapis fragmentu prezentacji dostępny jest on-line.




Z kolei dwa dni później, 20 kwietnia w samej Warszawie, w Pałacu Staszica Oddział Warszawski Polskiego Towarzystwa Socjologicznego zorganizował spotkanie pt. Muzyka w relacjach społecznych, do którego zaproszono interdyscyplinarny zespół dyskutantów. Przy stole zasiedli: ekonomista (dr Patryk Gałuszka), etnolog (prof. Wojciech J. Burszta) i etnomuzykolog (dr Tomasz M. Nowak). Fakt ten ciekawie pokazuje, jak może wyglądać formowanie się socjologii muzyki w Polsce, bowiem tak jak przy powstawianiu socjologii ogólnej uczestniczyli reprezentanci dziedzin pokrewnych (Durkheim - filozof/ pedagog, Comte - filozof/matematyk, Weber - prawnik/ekonomista). Jak streszcza debatę organizatorka, Katarzyna M. Wyrzykowska (SNS IFiS PAN):
[d]ebata koncentrowała się wokół takich zagadnień jak muzyka i relacje międzypokoleniowe,  ekonomia kultury i rynek muzyczny oraz soundscapes i ekologia akustyczna. Wystąpienia prelegentów choć na pierwszy rzut oka dotykały rożnych aspektów problematyki muzycznej, łączyło je przekonanie o ogromnej wadze [rozwoju – ZS] technologii (…) dla (…) sposobów funkcjonowania muzyki. Interesujący był też wątek dotyczący naukowego opisu zmian zachodzących w obrębie kultury muzycznej. Jak zauważył prof. Burszta to, o czym teraz mówimy i jak to interpretujmy za 10 lat może stracić na ważności (jako to miało miejsce choćby z pierwszymi studiami dotyczącymi ruchu kontrkulturowego lat 1960tych). Zdaje się, że to spostrzeżenie można odnieść nie tylko do muzyki, ale do kultury jako pewnej całości.
Aczkolwiek - wg mnie - ta ostatnia uwaga nie powinna zwalniać badaczy z dążenia do maksymalnej rzetelności i pozostawaniu przy pierwszych intuicjach poznawczych.



W tym samym czasie w Poznaniu, bo między 20 a 21 kwietnia trwała konferencja Dźwięk w kulturze, którą zorganizował Polski Instytut Antropologiczny (PIA). Tam z kolei zaproszono wyselekcjonowane grono badaczy (piszącemu te słowa podziękowano za zgłoszenie chęci uczestnictwa), głównie reprezentantów etnologii i muzykologii. Program konferencji był urozmaicony o seans filmowy, gdzie pokazano film o synkretycznych tradycjach muzycznych współczesnego meksyku oraz warsztaty dotyczące muzyki i Internetu. Jak piszą przedstawiciele PIA, ,,efektem SAID (czyli Spotkania z Antropologią Interdyscyplinarne Dyskusje) będzie m. in. publikacja tekstów pokonferencyjnych autorstwa prelegentów na stronie Polskiego Instytutu Antropologii", więc polecam śledzenie tej strony.




Kwiecień pewnie jest miesiącem, w którym w akademickim roku obrzędowym jest nieco więcej czasu na debatowanie, bawienie na konferencjach czy prezentowanie wyników badań. Cieszy mnie jako zainteresowanego socjologią muzyki to, że socjologia muzyki w tych obrzędach jest również obecna, oby tej obecności towarzyszył rozwój jak największego zakresu umiejętności badaczy.
Share:

wtorek, 10 kwietnia 2012

Wspólne śpiewy, chóry i fałszowanie albo co to jest więź muzyczna


 http://www.cutestpage.com/pictures/Sing_Together.jpg

WTF?
Do zastanowienia się nad fenomenem wspólnego śpiewania skłonił mnie świąteczny film U Pana Boga za miedzą, traktującego o życiu w podlaskiej wsi. Otóż w owym serialu Ksiądz Proboszcz (wł. Krzysztof Dzierma) przekonywał młodą i nową we wsi policjantkę Marinę (wł. Agnieszka Kotlarska), aby w wolnym, czasie uczestniczyła w próbach parafialnego chóru. Na co p. Marina odpowiedziała, że nie potrafi śpiewać, co z kolei ksiądz skwitował mówiąc, że do chóru właśnie tacy - niepotrafiący śpiewać - ludzie nadają się najlepiej. Jak mniemam, filmowy ksiądz (czyt. autor scenariusza filmu) miał na myśli to, że chór składa się z osób, które bądź to nie mają na tyle wytrenowanego głosu bądź którym na tyle brakuje talentu, że nie potrafią śpiewać solowo nie fałszując. Natomiast w chórze wspólny śpiew gromady osób niepotrafiących śpiewać czysto solo pod kierownictwem dyrygenta chóru staje się znośny dla ucha (tj. zgodny z intencjami autora melodii). Jak to się dzieje? Jakie wyjaśnienie podsuwa nam klasyczna i mniej klasyczna socjologia?

Teoryja
Z pewnością musimy zauważyć, że fałszowanie to rzecz względna, aczkolwiek nie całkowicie względna, bo może dotyczyć wyboru tonacji oraz interwałów między konkretnymi dźwiękami. Odrzućmy pierwszą możliwość, czyli sprawę tonacji i skupmy się na poszczególnych interwałach między dźwiękami składającymi się na daną melodię. W tej sytuacji osoba solowo fałszująca, śpiewając w grupie zaczyna wydawać z siebie te dźwięki, które powinna chcąc śpiewać czysto. Zatem zewnętrzna rzeczywistość grupowa oddziałuje na tę jednostkę, zmuszając ją do takiego a nie innego zachowania. Nic nowego dla socjologii, bowiem w tej sytuacji działa właśnie to, co jeden z ojców socjologii - Emil Durkheim - nazwał faktem społecznym. Badanie faktów społecznych było w myśli koncepcji cadyka Emila celem uprawiania socjologii. Na fakt społeczny składają się trzy cechy. Fakt społeczny jest powszechny (ponadjednostkowy), zewnętrzny (zastany przez jednostkę) i przymusowy (związany z kontrolą społeczną) [por. Zasady metody socjologicznej, 1895]. Właściwie wszystkie te idee, które właśnie przeklepałem z podręczników do Blogger.com można skwitować hasłem: wpływ społeczny. Co teraz można z tą wiedzą zrobić?

Projekt empiriczney weryfikacyj
Już w latach 1970tych inspirowany społeczną kulturą ludową wsi polskiej i podręcznikiem prof. Jana Szczepańskiego Elementarne pojęcia socjologii (1963) prof. Jan Stęszewski na socjologiczno-muzykologicznej konferencji przedstawił projekt badań. Stęszewski zauważa, iż w kulturze wsi polskiej muzykowanie zwykle było podrzędne wobec grupowych sytuacji obrzędowych [por. Stęszewski 1975/1973: 19]. Zatem rola rzeczywistości grupowej dla muzyki jako takiej wydaje się bardzo istotna. Zarówno jeśli chodzi o jako takie sytuacje obrzędowe, jak i wykonywanie muzyki. Stęszewski operacjonalizuje problem następująco. 

„(…) [R]zecz polega na przebadaniu nagrań melodii śpiewanych zwykle zbiorowo, przez tych samych wykonawców – oznaczonych literami – raz solowo (A, B, C, D… N), a raz zbiorowo (∑ A + B + C… + N), przy czym w wykonaniu zbiorowym prócz nagrania sumarycznego (∑ A + B… N) nagrywa się jednocześnie oddzielnymi mikrofonami i magnetofonami każde wykonanie cząstkowe”
 [Muzyka a społeczeństwo. Przegląd zagadnień z socjologii muzyki. 1975/1973. VII Ogólnopolska konferencja muzykologów w Brzegu, Sekcja Muzykologów Związku Kompozytorów Polskich, Brzeskie Towarzystwo Kulturalno-Oświatowe, Wydział Kultury i Sztuki Urzędu Wojewódzkiego w Opolu, s. 21].

Następnie porównując zapisy nutowe nagrań zbiorowych i indywidualnych możemy wnioskować o wpływie społecznym na wykonanie muzyki, tj. różnice w melodii, rytmie... Narzucający się wniosek jest taki, że część jednostek - nie wnikam tu w przyczyny tego zjawiska - potrafi zinternalizować fakt społeczny, jakim jest muzyka, z kolei inne jednostki nie maja zdolności uwewnętrznienia tych norm i mogą stosować się do nich tylko w sytuacjach społecznych, gdy wspierane są przez inne jednostki.


Wnioski polityczne
Społeczna strona śpiewu nie musi ograniczać się do potwierdzania wiedzy potocznej, której wyraz dał filmowy Ksiądz Proboszcz. Ani także do naukowego uszczegóławiania tej wiedzy wzorem Jana Stęszewskiego. Czyste śpiewanie ma w mojej ocenie jedną ważną funkcję. Daje jednostkom szansę poczucia się częścią większej całości, reprezentowania powszechnej zgody, czyli bycia po prostu jednogłośnymi. Przypomina mi się w tym kontekście historię, którą opowiadał na wykładzie z Teorii zmiany społecznej Radosław Sojak. W trakcie pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski w 1979 r. Polacy po pierwsze mieli okazję policzyć się, czyli zobaczyć, jak wiele osób będąc po kościelnej stronie kontestuje PRLowską władzę. Po drugie, w tak licznym gronie (na pierwszą papieską mszę w Warszawie szacuje się, że przyszło 300 tys. wiernych, dla porównania: tyle, co liczy cały Białystok) - w odczuciu Sojaka - siła głosu tych kilkuset tysięcy gardeł była nie tylko na tyle elektryzująca, że przechodziły ciarki po plecach, przede wszystkim dawała poczucie możliwości samostanowienia. Myślę, że z tych publiczno-obywatelskich przyczyn przyglądanie się takim muzycznym czynnościom jak śpiew ma nie tylko sens poznawczy.
Share:

wtorek, 27 marca 2012

Grupa muzyczna jako grupa pierwotna czy raczej jako instytucja? Wstępna odpowiedź


Mając w pamięci słynne słowa Ludwika Gumplowicza, że socjologia to nauka o grupach ludzkich nie tylko warto, ale koniecznym dla socjologii muzyki jest, by przyjrzeć się grupom ludzkim w sytuacji tworzenia i wykonywania muzyki.

Kluczowe kategorie w tym kontekście to pojęcia grupy społecznej i grupy pierwotnej. Jest ono nadużywane w dyskursie publicznym. Najczęściej w niemal błędnym znaczeniu, że na przykład społeczna grupa kiboli, lekarzoli, katoli czy internetoli pojechała protestować przeciw polityce rządu. To co podkreślane jest w amerykańskim interakcjonizmie symbolicznym to fakt, że grupę społeczną tworzą bezpośrednie interakcje. I zwykle jest to mała grupa społeczna. Dla większych zbiorowości socjologia ma szereg innych, precyzyjniejszych kwantyfikatorów. W przypadku powyższych kolejno rzecz biorąc będzie to neoplemię, kategoria zawodowa, grupa wyznaniowa. W przypadku internautów powinien być to jakiś inny (nowy?) kwantyfikator, bo nie wiem kim dziś, przy tak dużym rozpowszechnieniu Internetu są internauci. Kiedyś była to połowa Polaków, dziś może już nawet 2/3... Nie łączą nas wszystkich tu przecież interakcje bezpośrednie. Dlatego w przypadku muzyki grupami społecznymi będą na pewno wykonawcy muzyki (ale w obrębie jednego zespołu, a nie jako kategoria społeczna pracowników filharmonii czy opery) czy niektórzy kompozytorzy oraz różne subkulturowe małe grupy słuchaczy. Nie będzie zaś nią jako taka publiczność. 

W dyskursie publicznym używa się kategorii ,,grupa muzyczna". Zazwyczaj trafnie z punktu widzenia interakcjonizmu stosuje się tę kategorię, bo mają na myśli mniej czy bardziej spontanicznie powstałe ugrupowanie jednostek, które mniej czy bardziej profesjonalnie zajmuje się wykonywaniem lub/i komponowaniem muzyki. Taką grupę można właśnie zobaczyć na powyższym zdjęciu. Każdy zespół muzyki popularnej i poważnej (podział umowny) jest przecież małą grupą społeczną. Przypominam, dużych grup społecznych (tych, dla których socjologia ma szereg precyzyjniejszych określeń) nie łączy interakcja.

Główne pytanie tego wpisu dotyczy genezy i losów grup muzycznych. Zdarza się przecież tak, że grupy muzyczne powstają jako pochodne rówieśniczych, towarzyskich grup pierwotnych, gdzie muzyka jest tylko dodatkiem do istniejącej już więzi. Z pewnością dzieje się tak w przypadku różnych zespołów rockowych (w tym extreme-metalowych i postpunkowych). Gwoli poprawności dodam, że grupę pierwotną rozumiem klasycznie za Charlesem Hortonem Cooleyem jako tę ponadkulturowo występującą zbiorowość, w której każda jednostka wchodzi w świat życia społecznego, socjalizuje się pierwotnie. Taką grupę w cooleyowskiej koncepcji tworzy kilka nieodłącznych cech. Są to relacje twarzą-w-twarz, względna trwałość i raczej mała ilość osób weń zaangażowanych oraz pewna wielofunkcyjność grupy (por. Janusz Mucha, Cooley, s. 54). Najistotniejsza do opisu grupy muzycznej jako grupy pierwotnej w moim przekonaniu będzie ta ostatnia cecha. Wskazuje ona ten prosty fakt, że kilkoro muzykujących ze sobą ludzi nie tylko z sobą muzykuje, ale wykonuje także inne czynności. Nie koniecznie musi być to wspólna praca w polu, jakby to mogło być w przypadku ludowych kapel, ale na przykład spotyka się w celach ludycznych, zamieszkuje jedno osiedle bądź - jak ponoć niegdyś zespół Pogodno w jednej ze swoich składowych odsłon - jeden dom jednorodzinny, jedząc, śpiąc, grając itd. razem. Choć Pogodno nie jest przykładem muzycznej grupy pierwotnej, wszak są to satelity krążące wokół wokalisty i gitarzysty Jacka Szymkiewicza.

Jednak zdarza się przecież, że grupa muzyczna przybiera inny kształt. Obecni członkowie Poznańskich Słowików nie powołali tejże grupy muzycznej spontaniczną wolą wykonawstwa. Jako osoby niepełnoletnie, zostali raczej tam zapisani przez rodziców (jakaś ich część nawet wbrew własnej woli). Takie grupy muzyczne są instytucjami, w rozumieniu Bronisława Malinowskiego, czyli strukturami powołanymi przez członków zbiorowości dla realizacji jej ważnych potrzeb. Utrwalony zbiór jednostek, za pomocą tego, że realizuje jakąś potrzebę. Elementami tak pojętej instytucji są: zasada naczelna, personel, normy, środki materialne, funkcja i rzeczywista działalność.

W przypadku Poznańskich Słowików, czy innych tego typu instytucji muzycznych częściej lub rzadziej wymienny jest personel. Zasada naczelna, normy, środki materialne, funkcje i rzeczywista działalność oczywiście też są wymienne. Trudno rozsądzić kategorycznie, co się częściej wymienia w instytucjach czy personel czy też całe uposażenie trzymające owe jednostki w instytucjonalnym działaniu. Jednak jestem zdania, że personel, który rozumiany jest nie tylko jako osoby zatrudnione w instytucji, ale też i klientów instytucji. Jednak rozpatrując grupę muzyczną jako instytucję chcę podkreślić aspekt funkcjonariuszy (a nie klientów) instytucji.

Czy grupy muzyczne instytucjonalizują się? Sądzę, że właśnie tak się dzieje. Niektóre zespoły, osiągające szeroko pojęty sukces instytucjonalizują się, czyli przekształcają się z muzykujących, towarzyskich grup społecznych w instytucje. To znaczy, zapotrzebowanie na ich działania i same ich działania stają się coraz bardziej uporządkowane. Na tyle, że wymiana członków zespołu nie zmienia charakteru jego działania. Takie zbiory jednostek nazwałbym właśnie instytucjami muzycznymi.

Rozpatrzmy dwa przykłady polskich grup muzycznych. Jednej mainstreamowej i jednej niszowej. Perfectu i Schizmy.

Zacznijmy od Schizmy, czyli to zespołu z Bydgoszczy, piszącego na swoim MySpace, że jest jednym z najpopularniejszych i najdłużej działających - bo od początku lat 1990tych - polskich zespołów grających hardcore punk. Zgodnie z rockowym etosem, o którym pisał Jerzy Wertenstein-Żuławski, że rock dzieje się przede wszystkim na koncertach (por. Jerzy Wertenstein-Żuławski, To tylko rock'n'roll, 1991) członkowie grupy podają, że głównym elementem działalności SCHIZMY są niezwykle żywiołowe, gromadzące wielu zagorzałych zwolenników koncerty. Grupa ponadto deklaruje, że od początku istnienia do dziś pozostaje wierna bezkompromisowemu brzmieniu hard core i etyce niezależności, mimo że przeszła wiele zmian personalnych. I właśnie te zmiany personalne są dla mnie ciekawe. Otóż, w toku ponad 20letniej działalności zespołu jego skład wymienił się całkowicie. Schizma, która bezsprzecznie korzenie swe ma w spontanicznej, towarzyskiej relacji grupy pierwotnej po przez swe sukcesy na polskiej i zagranicznej scenie hardcorowej, czyli przede wszystkim zdobycie posłuchu wśród publiczności przekształciła się w instytucję. Działa trochę, jak urząd albo raczej uniwersytet, kształci przecież jednostki, które to następnie opuszczają go, by realizować swoje cele (vide 666 Aniołów). Ciekawą informacją jest ta, mówiąca, że byli członkowie-założyciele zespołu założyli Schizmę'90, oddając tym samym swój szyld >>Schizma<< komuś innemu.

Weźmy jednak na tapetę kwestię Perfectu, zespołu będącego w PRLu jeśli nie synonimem buntu przeciw władzy, to jakoś kojarzącym się z dawnym okołokontestacyjnym przesłaniem choćby z piosenek typu Chcemy bić ZOMO. Jak ładnie pokazuje poniższy wykres długości członkostwa w Perfect'cie zaczerpnięty z Wikipedii, obecnie - tak, jak w przypadku Schizmy - nikt z osób - załóżmy, że też spontanicznie - powołujących do działalności tę grupę nie jest jej członkiem. Co prawda dawny lider Perfectu, czyli Zbigniew Hołdys do dziś dostaje tantiemy np. od każdego puszczenia w Radiu ZET Autobiografii, to członkiem zespołu nie jest. Liderem i - zaryzykuję tę tezę - twarzą zespołu jest Grzegorz Markowski, który - zgodnie z wykresem - do zespołu dołączył w trzy lata po jego powstaniu. Ewidentnie więc, Perfect nie jest już muzyczną grupą pierwotną, a instytucją i oczywiście też swego rodzaju firmą gwarantującą pasywny przychód akcjonariuszom-założycielom.

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/pl/timeline/0d36ef5b4f1f3f63a8376ab1c4db8adc.png

Oczywiście całkowicie wyczerpująca i ugruntowana w empirii odpowiedź na postawione w temacie pytanie przekracza ramy wpisu blogowego. Podsumowawczo można zauważyć, że te grupy muzyczne, które odnoszą sukcesy (w szerokim sensie słowa sukces) zaczynają funkcjonować trochę, jak instytucje. Zmieniają się więc funkcjonariusze instytucji, zmienia się klientela (co razem tworzy personel), ale funkcja zaspokajania jakichś potrzeb (rozrywki czy też krytyki) zbiorowości. Zatem mogą ulegają więzi łączące członków zespołu. Od tönniesowskiej więzi typu Gemeinschaft do więzi typu Gesellschaft. Aczkolwiek ten kierunek zmiany nie jest konieczny, bo może przecież zostać odwrócony.

Krzywa rozkładu normalnego


Z pewnością sytuacja nie wygląda tak, że większość rockowych zespołów to grupy całkowicie pierwotne, bo składy najróżniejszych zespołów są dość często uzupełniane o nowych muzyków. I trzon zespołu pozostaje a część muzyków tylko wymienia się. Typem statystycznie dominującym, lokujący się w czubie rozkładu normalnego będzie pewnie taki zespół, który jest rozpoczyna działalność jako grupa pierwotna przechodzi częściową instytucjonalizację i repierwotyzuje się, gdy nowi członkowie adaptują się do funkcjonującej uprzednio grupy pierwotnej. Po bokach tego statystycznego czuba lokują się zapewne zespoły-instytucje i zespoły-grupy pierwotne.
Share:

poniedziałek, 5 marca 2012

O etykę redaktorską i bladozielone pojęcie (z serii ludzie mejle piszo)


 http://www.salisbury.edu/helpdesk/images/email.jpg

Otrzymywanie korespondencji od czytelników - zwłaszcza tej krytycznej - jest w przypadku prowadzenia bloga nie tylko nieuniknione. Jest ono pożądane i należy być za nie wdzięcznym, więc dziękuję za poświęcony mi czas i przepraszam za ewentualne odciski na palcach. Zgodnie z trzecim celem prowadzenia bloga upubliczniam tę dyskusję. Ów e-dialog tyczył się wpisu o audiofilach. Pomijam autorstwo tych słów, bo krytykę odbieram i odpowiadam ad rem, a nie ad personam. Oto cytat z mejla.
Czy możesz mi napisać dlaczego piszesz i wypowiadasz się autorytatywnie o rzeczach, których nie masz bladego pojęcia jak byś był ekspertem ? I jeszcze wypowiadasz się o przesyle cyfrowym jako znawca i inżynier, a tak naprawdę popełniasz błędy rzeczowe ?? Ponadto chciałem jeszcze zapytać z jakiego powodu piszesz rzeczy obraźliwe o miłośnikach dźwięku i z jakiego powodu podajesz nieprawdziwe dane o rzeczach typu status majątkowy audiofila, ceny systemów i cel tego zajęcia ? prosiłbym Ciebie o odpowiedź, ponieważ napisanie i opublikowanie takiego knota jest zupełnie sprzeczne z podstawową redaktorską etyką i rzetelnością w zbieraniu i przekazywaniu informacji.
Jest to fragment wymiany myśli. Załóżmy, że najbardziej syntetycznie oddaje, o co autorowi chodzi. Ponadto brak tu wątków pobocznych spychających dyskusję na pozamerytoryczny tor i ton. Mam na myśli takie kwestie: ,,każdy miłośnik odbierze to jako niesprawiedliwość i atak'', ,,robisz burzę w szklance wody'' czy ,,[n]ie ośmieszaj się''. Dostrzegam tu pięć wątków.


1. Że ,,wypowiada[m] się autorytatywnie o rzeczach, których nie ma[m] bladego pojęcia, jakby[m] był ekspertem''. 

Zakładam, że brakuje tu literki ,,o'' sugerującej, że w rzeczony sposób wypowiadam się o rzeczonych kwestiach, a nie że owych rzeczy nie mam. Przeczytałem swój wpis kilka razy i nadal nie wiem, w którym miejscu wypowiadam się autorytatywnie oraz jakbym był ekspertem. Wyjaśnię, że przywołując opinię znanego mi eksperta-elektronika napisałem, że kwestia jego oceny jakości przesyłu sygnału przez kable USB jest - cytuję siebie - ,,do sprawdzenia''. Relacjonuję (zgodnie z herodotowskim relata refero) więc opinię, która przez to jest ciekawa, że wielu może wydać się kontrowersyjna. 

Dodam, że nie czuję się ekspertem nawet w dziedzinie socjologii muzyki, której uczę się zaledwie od października 2006 roku. Wiem, że istnieje coś takiego, jak blogi eksperckie, lecz niniejszy blog nie ma takiego charakteru. Przynajmniej póki co.


2. Że ,,wypowiada[m ]się o przemyśle cyfrowym jako znawca i inżynier, a tak na prawdę popełniam błędy rzeczowe''.

Znowuż relata refero. Ale też pewnie i współczynnik humanistyczny, bo mniej we mnie z naturalisty niż antynaturalisty, że odwołam się do znanego sporu metodologicznego.


3.Że ,,pisz[ę] rzeczy obraźliwe o miłośnikach dźwięku''. 

Słownik Języka Polskiego podaje, że obrażać kogoś to: naruszać czyjąś godność osobistą słowem lub czynem. Nie wiem, w jaki sposób naruszam godność osobistą audiofilów. Pewnie nazbyt kąśliwie opisałem egzaltację recenzenta kabla USB z przywoływanego uprzednio linku. Poprawiam więc owo zdanie we wpisie na: ,,Autorowi recenzji brzmienie kabla spodobało się''. Fakt faktem rola społeczna i zawodowa - że tak powiem - zmusza autora do takich, a nie innych działań. W tym wypadku mocnej, jednoznacznej pochwały recenzowanego sprzętu.


4. Że ,,podaj[ę] nieprawdziwe dane o rzeczach typu status majątkowy audiofila, ceny systemów i cel tego zajęcia''.

Nie podaję, jaki jest status majątkowy audiofila (wydaje mi się, że nic nie napisałem o stanie portfela Szanownych Audiofilów). Piszę za to o symbolu statusu społecznego oraz o lokalizacji w strukturze zawodowej audiofilów, powołując się na artykuł Marca Pelmana. Cena systemów audio jest przykładowa. Nic w wymowie artykułu nie zmieni się, jeśli podaną przeze mnie kwotę 100 000 PLN podzielimy przez dwa albo nawet przez dziesięć. Chodziło mi po prostu o to, że są one dość drogie. Nie piszę także o celu w bycia audiofilem (sic!). To czego dokonuję, to socjologiczna interpretacja zjawiska społecznego w dodatku odnosząca się do branżowej literatury, nie zaś całkowita kreacja własna.


5. Że w efekcie ,,opublikowa[łem] takiego knota'', co ,,jest zupełnie sprzeczne z podstawową redaktorską etyką i rzetelnością w zbieraniu i przekazywaniu informacji''.

Konsultacje z Adamem Czechem i Igorem Pietraszewskim, czyli dwoma doświadczonymi socjologami muzyki nie wykazały większych uchybień socjologicznych, aczkolwiek przypomniano mi o tym, co we wpisie celowo pominąłem, zostawiając pole do dyskusji. Testuję wszak różne praktyki dyskursywne. Chodzi o to, że wartość użytkowa różnych, nieco droższych przedmiotów (zegarków, piór, portfeli...) skorelowana jest pozytywnie z ceną tylko do pewnego pułapu cenowego. Po jego przekroczeniu - pozwolę sobie sparafrazować słowa Adama Czecha - grają pieniądze, a nie kable. Podobnie jest z zegarkami, szminkami i tym wszystkim, do czego częściowo nawiązuje w niedawnym blogowym wpisie Tomasz Szlendak. 

Nie mnie oceniać, czy opublikowałem knot (zakładam, że to słowo oznacza tekst niskiej wartości a nie część znicza). Jeśli tak jest to przepraszam wszystkich czytelników i obiecuję poprawę:-)

Nie wiem, czym jest etyka redaktorska. Nie znalazłem kodeksu etyki redaktorskiej. Zatem pomijam wątek. Co do rzetelności w zbieraniu i przekazywaniu informacji, to przekonany jestem, że zachowuję ją zgodnie z wymienioną już postawą metodologiczną i przekazuję, co usłyszałem. Zachowuję się jak fenomenolog, który abstrahuje od prawdy ,,przez duże P'', skupiając się na przekonaniach, wyobrażeniach czy opiniach, czyli tego, co socjologów interesuje. Mistrzem socjologii nie jestem, lecz bladozielone - takie w kolorze okładki podręcznika Sztompki do TZSów - pojęcie o niej mam. O innych rzeczach tu nie piszę.


***
Na dolnym marginesie dodam, że chyba uświadomiłem sobie, jak ważną kompetencją w naukach społecznych jest odróżnianie poziomów dyskursu, czyli tego, co autor twierdzi, co przydołuje (z podaniem źródła) oraz co zakłada i jaki ma tenże autor stosunek do swoich założeń. Cisną się więc na usta słowa Petera L. Bergera o ,,królewskiej grze''. Natomiast wszystkim, których - w przeciwieństwie do mnie - śmieszą audiofile polecam blog na którym notorycznie obraża się ich ,,uczucia religijne''.
Share:

środa, 22 lutego 2012

Nowy gatunek muzyczny?

 http://upcloze.com/wp-content/uploads/2011/12/1273751744288.jpg 

Kwestia poświęcona jest dubstepowi, czyli gatunkowi muzyki elektronicznej, o którym dzięki młodszym znajomym dowiedziałem się latem 2010 roku. Poczatkowo myślałem, że dubstep pozostanie podgatunkiem tzw. - złośliwie mówiąc i naturalnie upraszczając - techniawy i poza nią nie będzie wykraczał, ale zyskał akceptację, jak widać.



Pierwszy raz łączenie dubstepu z innym gatunkiem zauważyłem na nowej płycie Sublime w piosence Safe and Sound. Nie dało mi to bardzo do myślenia, nie dostrzegałem w tym żadnej istotnej tendencji, ale jak się okazuje myliłem się. Na nowej płycie Korna też mamy do czynienia z wykorzystaniem świdrującego dźwięku. Właściwie została ona w całości zremiksowana dupstepowo, choćby w Get Up albo Narcissistic Cannibal. Zatem może być coś na rzeczy i warto tej stylistyce przyjrzeć się. Co więcej, wokalista Korna, Johnatan Davies, twierdził, że Korn grał dubstep zanim w londyńskich dyskotekach na przełomie XX i XXI wymyślono dubstep.

Na dubstep bardziej zwróciłem uwagę, gdy byłem (między czerwcem a wrześniem 2011 r.) w Amsterdamie i kilka razy odwiedziałem ze znajomymi klub Overtom 301. Za każdym razem, gdy byliśmy w tym przybutku kultury alternetywnej, to występował ktoś, kogo instrumentarium stanowiły laptopy i miksery. Nie widziałem tam ani razu zespołu grającego na instrumentach muzycznych, jakie można nabyć w sklepach z instrumentami. Później, gdy przypadkowo trafiłem na internetowe doniesienia nt. zespołu Modestep na stronie internetowej Polskiego Radia. Jest to ciekawy przykład łączenia instrumentarium informatycznego z muzycznym, co prezentuje choćby poniższy teledysk.



Na polskim podwórku, minionej jesieni mogliśmy zapoznać się z kawałkiem Pezeta Co mam powiedzieć. W nim Sydney Polak, czyli realizator albumu też używa dupstepowych wstawek. Imperium dubstepu powiększa swoje terytorium.

A jaki włąściwie jest ten cały dubstep? Czym różni się od znanych, starych fragmentów muzyki trance techno z lat świetności berlińskich LoveParade. Można mówić, że funkcjonalnie niczym, bo też jest to dyskotekowa muzyka elektroniczna. Część fanów pwnie zwraca uwagę na zmianę nastroju muzyki. Trance techno jest euforyczne, podczas gdy dubstep tej euforii tyle nie wykazuje.

Najbardziej charakterystyczne muzycznie jednak jest używanie ,,ryrającego'' basu - tzw. wob-wob albo wobble. Owo drżenie (ang. wobble) przez to, że modyfikuje dźwięk może kojarzyć się z brzmieniem gitarowego efektu overdrive albo disrtortion, który bazuje na modyfikacji amplitudy dźwięku. Wob-wob z kolei powstał inaczej poprzez wykorzystanie technicznej możliwości wielokrotnego dzielenia loop'y na pół, jak zdradza w instruktażowym filmiku niemiecki twórca.


Czy istnienie dubstepu łączy się w jakikolwiek sposób z tematyką społeczną? Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Myślę, że zarówno fani, jak i twórcy odczuwają potrzebę kreowania nowości, odróżniania się od poprzednich pokoleń twórców i stworzenia nowego, swojego gatunku muzycznego, z którym młodzi będą się utożsamiać. Zarówno jako producenci, konsumenci i prosumenci. Skrótowo mówiąc: kto nie z nami ten wapniak (mówi się jeszcze tak?). Tak jak Lady Gaga muzycznie nie wiele różniła się od Madonny, tak dubstep przez swój wobbling i użycie efektu delay, czy mówiąc językiem gier komputerowych slow motion różni się od techno. Z perspektywy socjologicznej tworzenie i słuchanie dubstepu będzie na pewno przede wszystkim odnosiło się do dwóch kluczowych potrzeb o genezie społecznej. Potrzeby tożsamości i potrzeby przynależności, że pozwolę sobie przywołać tytuł jednej książki.

Inną sprawą jest obniżenie poziomu euforyczności tego rodzaju  muzyki elektronicznej. To z kolei może wiązać się z przemianami mentalności czy też nastrojów społecznych w ostatnich latach, lecz oczywiście nie chcę zakładać, że po 2000-którymś-tam roku młodych w krajach rozwiniętych ogarnął pesymizm i dekadencja, co przełożyło się na powstanie niekiedy mrocznego dubstepu.


Odpowiedź na niektóre wątki w dyskusji nad wpisem: Brednie śmiesznego wodoleja o dubstepie.
Share:

sobota, 11 lutego 2012

Tekst piosenki w roli 'socjologicznego' komentarza

 http://mainhg.demotywatory.pl/uploads/201005/1274449864_by_meti_500.jpg

Dzięki fejsbukowej aktywności Katarzyny M. Wyrzykowskiej (doktorantki IFiS PAN piszącej o muzyce w życiu codziennym współczesnej młodzieży) zapoznałem się z całkiem ciekawym video-blogiem niejakiego Nathana Palmera (socjologa i antropologa z Georgia Southern University) pt. SociologySounds (socjologia brzmi?). P. Nathan mając zacięcie pedagogiczne proponuje, aby w dydaktyce studentów socjologii posługiwać się popularnymi piosenkami. Wszystko po to, aby wzbudzić zainteresowanie znudzonego studenctwa. 


Find. Play. Share. Oto idea strony, z której można czerpać inspiracje do efektownego zaczęcia dowolnych zajęć z socjologii. Od społecznych nierówności, przez kwestie genderowe aż po zagadnienia ekonomiczne czy etnorasowe. Oczywiście można też zamieszczać własne piosenki i tym samym przyczyniać się do rozwoju strony oraz dydaktyki socjologicznej.

To, że teksty piosenek bywają komentarzem do współczesnych kwestii społecznych czy politycznych jest dobrze znane, w Polsce najczęściej z twórczości Kazika Staszewskiego, który z socjologią na Uniwersytecie Warszawskim przez kilka lat miał coś wspólnego jako student. Zresztą Kult w piwnicach przy Karowej 18 w Warszawie miał swoją salę prób. O jego związkach z socjologią można poczytać w wydanej przez Warsztaty Analiz Socjologicznych książce Po co nam socjologia?. Jest tam wywiad z nim, w którym kwestie tekstowo-socjologiczne są poruszane.

Natomiast w materii roli tekstu piosenki jako streszczenia poglądów naukowych z ciekawymi kreacjami artystycznymi mieliśmy do czynienia w dziedzinie ekonomii. Klasyczny spór interwencjonizmu z leseferyzmem został zobrazowany dwukrotnie przez Russa Robertsa (George Mason University, VA) i licznych zapewne współpracowników tu:

oraz tu:

Share:

piątek, 3 lutego 2012

Kawał drutu jako symbol statusu społecznego

 http://www.sixmoons.com/audioreviews/modwright5/dan_room.jpg


Audiofile, jak powszechnie wiadomo to ,,specyficzna grupa słuchaczy''. Ich specyfika polega na tym, że wydają krocie na regularne ulepszanie własnych, domowych sprzętów głośno grających (mówiąc po ichniemu: systemów audio). Nie trudno się domyślić, że na taki (wart często ponad 100 000 zł) sprzęt mogą pozwolić sobie statystycznie najczęściej osoby lokujące się w wyższych obszarach drabiny społecznej: lekarze, politycy, przedstawiciele zawodów prawniczych itd., którzy zdążyli już zarobić odpowiednie sumy pieniędzy, a więc wiekowo lokują się również w wyższych obszarach piramidy wieku. Pytanie, po co oni to robią. Otóż miłośnicy audio ulepszają swoje systemy audio po to, aby móc usłyszeć jak najwierniej muzykę, odtworzyć brzmienie najlepszych sal koncertowych świata w swoim domu. Hi-fi znaczy właśnie z angielskiego high fidelity, czyli wysoka wierność. I tu dochodzimy do paradoksu, ponieważ zakładając, że z wiekiem słuch słabnie a audiofile z wiekiem ulepszają swoje systemy, to w sytuacji ,,idealnej'' najlepszy sprzęt będzie miał ten, kto najsłabiej słyszy.

Tyle w kwestiach ogólnych. O kwestii audiofilskiej przypomniał mi znajomy, który dziś z rana przesłał mi interesujący link do recenzji audiofilskiego kabla USB za ponad dwa i pół tysiąca złotych. Autorowi recenzji brzmienie kabla spodobało się. Sprawa jest o tyle ciekawa, że - jak mi wskazał ów znajomy - w elektroakustycznym przesyle dźwięków przewodzenie i izolacja przekładają się na brzmienie. Natomiast w przesyle cyfrowym jedynki i zera w każdym z przewodów pozostają tylko jedynkami i zerami, a o zachwycie - w opinii tego znajomego - decydował efekt placebo. Kwestia do sprawdzenia, nie moja to branża, ale zakładając, że ma rację to dochodzi tu drugi czynnik po pogarszaniu słuchu, sugerujący, że audiofilia to choroba społeczna nie zaś organiczna.

Zatem istnienie grup mężczyzn w średnim wieku o wysokim statusie społecznym, którzy pławią się w cudownym brzmieniu sprzętu za 100 000 zł warunkowane będzie raczej uznaniem owego sprzętu za symbol społecznego statusu, nie zaś szczególnymi kompetencjami odbiorczymi. Audiofile to jedno z neoplemion społeczeństwa postindustrialnego (por. Maffesoli 1988/2008), które gromadzi się wokół statusowego zainteresowania sprzętem muzycznym, a którego wspólnotowość bardzo często rozgrywa się w rzeczywistości wirtualnej na różnego rodzaju forach.

Tak kwestię można zinterpretować nawiązując do socjologizmu (społecznego redukcjonizmu), więc dodam, że efekty placebo często są pośród audiofilów redukowane dzięki narzędziom pomiarowym, którymi sprawdzają brzmienie swoich systemów. Badający tę grupę społeczno-konsumencką na początku XXI w. w USA Marc Perlman dzieli ich na dwie grupy. Złotouchych i czytelników metrum - pierwsi z nich są zwolennikami subiektywizmu i zaufania do tego, co słyszą ich uszy, drudzy zaś preferują raczej postawę analityczno-obiektywną odwołując się do różnego rodzaju pomiarów dźwięku (por. Perlman, Social Studies of Science, 34/5). 

Marketingowo-ekonomiczne pytanie odnosi się do tego, czy istnienie obu tych grup jest opłacalne dla branży produkującej odtwarzacze, wzmacniacze, głośniki i kable. Myślę, że nie, że magiczny świat konsumpcji (por. Ritzer 1999/2001) potrzebuje więcej złotouchych, którzy będą przywiązani do symboliki przedmiotów, jakimi są kable i wzmacniacze i za ich pomocą będą chcieli budować swoją pozycję społeczną. Ciekawe jak często za cenę wygody (ponieważ z kabli można zrezygnować na rzecz przesyłu bezprzewodowego) i jakości dźwięku.


***
Tutaj moja odpowiedź na nadesłaną mejlowo krytykę: O etykę i bladozielone pojęcie
Share: