wtorek, 27 marca 2012

Grupa muzyczna jako grupa pierwotna czy raczej jako instytucja? Wstępna odpowiedź


Mając w pamięci słynne słowa Ludwika Gumplowicza, że socjologia to nauka o grupach ludzkich nie tylko warto, ale koniecznym dla socjologii muzyki jest, by przyjrzeć się grupom ludzkim w sytuacji tworzenia i wykonywania muzyki.

Kluczowe kategorie w tym kontekście to pojęcia grupy społecznej i grupy pierwotnej. Jest ono nadużywane w dyskursie publicznym. Najczęściej w niemal błędnym znaczeniu, że na przykład społeczna grupa kiboli, lekarzoli, katoli czy internetoli pojechała protestować przeciw polityce rządu. To co podkreślane jest w amerykańskim interakcjonizmie symbolicznym to fakt, że grupę społeczną tworzą bezpośrednie interakcje. I zwykle jest to mała grupa społeczna. Dla większych zbiorowości socjologia ma szereg innych, precyzyjniejszych kwantyfikatorów. W przypadku powyższych kolejno rzecz biorąc będzie to neoplemię, kategoria zawodowa, grupa wyznaniowa. W przypadku internautów powinien być to jakiś inny (nowy?) kwantyfikator, bo nie wiem kim dziś, przy tak dużym rozpowszechnieniu Internetu są internauci. Kiedyś była to połowa Polaków, dziś może już nawet 2/3... Nie łączą nas wszystkich tu przecież interakcje bezpośrednie. Dlatego w przypadku muzyki grupami społecznymi będą na pewno wykonawcy muzyki (ale w obrębie jednego zespołu, a nie jako kategoria społeczna pracowników filharmonii czy opery) czy niektórzy kompozytorzy oraz różne subkulturowe małe grupy słuchaczy. Nie będzie zaś nią jako taka publiczność. 

W dyskursie publicznym używa się kategorii ,,grupa muzyczna". Zazwyczaj trafnie z punktu widzenia interakcjonizmu stosuje się tę kategorię, bo mają na myśli mniej czy bardziej spontanicznie powstałe ugrupowanie jednostek, które mniej czy bardziej profesjonalnie zajmuje się wykonywaniem lub/i komponowaniem muzyki. Taką grupę można właśnie zobaczyć na powyższym zdjęciu. Każdy zespół muzyki popularnej i poważnej (podział umowny) jest przecież małą grupą społeczną. Przypominam, dużych grup społecznych (tych, dla których socjologia ma szereg precyzyjniejszych określeń) nie łączy interakcja.

Główne pytanie tego wpisu dotyczy genezy i losów grup muzycznych. Zdarza się przecież tak, że grupy muzyczne powstają jako pochodne rówieśniczych, towarzyskich grup pierwotnych, gdzie muzyka jest tylko dodatkiem do istniejącej już więzi. Z pewnością dzieje się tak w przypadku różnych zespołów rockowych (w tym extreme-metalowych i postpunkowych). Gwoli poprawności dodam, że grupę pierwotną rozumiem klasycznie za Charlesem Hortonem Cooleyem jako tę ponadkulturowo występującą zbiorowość, w której każda jednostka wchodzi w świat życia społecznego, socjalizuje się pierwotnie. Taką grupę w cooleyowskiej koncepcji tworzy kilka nieodłącznych cech. Są to relacje twarzą-w-twarz, względna trwałość i raczej mała ilość osób weń zaangażowanych oraz pewna wielofunkcyjność grupy (por. Janusz Mucha, Cooley, s. 54). Najistotniejsza do opisu grupy muzycznej jako grupy pierwotnej w moim przekonaniu będzie ta ostatnia cecha. Wskazuje ona ten prosty fakt, że kilkoro muzykujących ze sobą ludzi nie tylko z sobą muzykuje, ale wykonuje także inne czynności. Nie koniecznie musi być to wspólna praca w polu, jakby to mogło być w przypadku ludowych kapel, ale na przykład spotyka się w celach ludycznych, zamieszkuje jedno osiedle bądź - jak ponoć niegdyś zespół Pogodno w jednej ze swoich składowych odsłon - jeden dom jednorodzinny, jedząc, śpiąc, grając itd. razem. Choć Pogodno nie jest przykładem muzycznej grupy pierwotnej, wszak są to satelity krążące wokół wokalisty i gitarzysty Jacka Szymkiewicza.

Jednak zdarza się przecież, że grupa muzyczna przybiera inny kształt. Obecni członkowie Poznańskich Słowików nie powołali tejże grupy muzycznej spontaniczną wolą wykonawstwa. Jako osoby niepełnoletnie, zostali raczej tam zapisani przez rodziców (jakaś ich część nawet wbrew własnej woli). Takie grupy muzyczne są instytucjami, w rozumieniu Bronisława Malinowskiego, czyli strukturami powołanymi przez członków zbiorowości dla realizacji jej ważnych potrzeb. Utrwalony zbiór jednostek, za pomocą tego, że realizuje jakąś potrzebę. Elementami tak pojętej instytucji są: zasada naczelna, personel, normy, środki materialne, funkcja i rzeczywista działalność.

W przypadku Poznańskich Słowików, czy innych tego typu instytucji muzycznych częściej lub rzadziej wymienny jest personel. Zasada naczelna, normy, środki materialne, funkcje i rzeczywista działalność oczywiście też są wymienne. Trudno rozsądzić kategorycznie, co się częściej wymienia w instytucjach czy personel czy też całe uposażenie trzymające owe jednostki w instytucjonalnym działaniu. Jednak jestem zdania, że personel, który rozumiany jest nie tylko jako osoby zatrudnione w instytucji, ale też i klientów instytucji. Jednak rozpatrując grupę muzyczną jako instytucję chcę podkreślić aspekt funkcjonariuszy (a nie klientów) instytucji.

Czy grupy muzyczne instytucjonalizują się? Sądzę, że właśnie tak się dzieje. Niektóre zespoły, osiągające szeroko pojęty sukces instytucjonalizują się, czyli przekształcają się z muzykujących, towarzyskich grup społecznych w instytucje. To znaczy, zapotrzebowanie na ich działania i same ich działania stają się coraz bardziej uporządkowane. Na tyle, że wymiana członków zespołu nie zmienia charakteru jego działania. Takie zbiory jednostek nazwałbym właśnie instytucjami muzycznymi.

Rozpatrzmy dwa przykłady polskich grup muzycznych. Jednej mainstreamowej i jednej niszowej. Perfectu i Schizmy.

Zacznijmy od Schizmy, czyli to zespołu z Bydgoszczy, piszącego na swoim MySpace, że jest jednym z najpopularniejszych i najdłużej działających - bo od początku lat 1990tych - polskich zespołów grających hardcore punk. Zgodnie z rockowym etosem, o którym pisał Jerzy Wertenstein-Żuławski, że rock dzieje się przede wszystkim na koncertach (por. Jerzy Wertenstein-Żuławski, To tylko rock'n'roll, 1991) członkowie grupy podają, że głównym elementem działalności SCHIZMY są niezwykle żywiołowe, gromadzące wielu zagorzałych zwolenników koncerty. Grupa ponadto deklaruje, że od początku istnienia do dziś pozostaje wierna bezkompromisowemu brzmieniu hard core i etyce niezależności, mimo że przeszła wiele zmian personalnych. I właśnie te zmiany personalne są dla mnie ciekawe. Otóż, w toku ponad 20letniej działalności zespołu jego skład wymienił się całkowicie. Schizma, która bezsprzecznie korzenie swe ma w spontanicznej, towarzyskiej relacji grupy pierwotnej po przez swe sukcesy na polskiej i zagranicznej scenie hardcorowej, czyli przede wszystkim zdobycie posłuchu wśród publiczności przekształciła się w instytucję. Działa trochę, jak urząd albo raczej uniwersytet, kształci przecież jednostki, które to następnie opuszczają go, by realizować swoje cele (vide 666 Aniołów). Ciekawą informacją jest ta, mówiąca, że byli członkowie-założyciele zespołu założyli Schizmę'90, oddając tym samym swój szyld >>Schizma<< komuś innemu.

Weźmy jednak na tapetę kwestię Perfectu, zespołu będącego w PRLu jeśli nie synonimem buntu przeciw władzy, to jakoś kojarzącym się z dawnym okołokontestacyjnym przesłaniem choćby z piosenek typu Chcemy bić ZOMO. Jak ładnie pokazuje poniższy wykres długości członkostwa w Perfect'cie zaczerpnięty z Wikipedii, obecnie - tak, jak w przypadku Schizmy - nikt z osób - załóżmy, że też spontanicznie - powołujących do działalności tę grupę nie jest jej członkiem. Co prawda dawny lider Perfectu, czyli Zbigniew Hołdys do dziś dostaje tantiemy np. od każdego puszczenia w Radiu ZET Autobiografii, to członkiem zespołu nie jest. Liderem i - zaryzykuję tę tezę - twarzą zespołu jest Grzegorz Markowski, który - zgodnie z wykresem - do zespołu dołączył w trzy lata po jego powstaniu. Ewidentnie więc, Perfect nie jest już muzyczną grupą pierwotną, a instytucją i oczywiście też swego rodzaju firmą gwarantującą pasywny przychód akcjonariuszom-założycielom.

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/pl/timeline/0d36ef5b4f1f3f63a8376ab1c4db8adc.png

Oczywiście całkowicie wyczerpująca i ugruntowana w empirii odpowiedź na postawione w temacie pytanie przekracza ramy wpisu blogowego. Podsumowawczo można zauważyć, że te grupy muzyczne, które odnoszą sukcesy (w szerokim sensie słowa sukces) zaczynają funkcjonować trochę, jak instytucje. Zmieniają się więc funkcjonariusze instytucji, zmienia się klientela (co razem tworzy personel), ale funkcja zaspokajania jakichś potrzeb (rozrywki czy też krytyki) zbiorowości. Zatem mogą ulegają więzi łączące członków zespołu. Od tönniesowskiej więzi typu Gemeinschaft do więzi typu Gesellschaft. Aczkolwiek ten kierunek zmiany nie jest konieczny, bo może przecież zostać odwrócony.

Krzywa rozkładu normalnego


Z pewnością sytuacja nie wygląda tak, że większość rockowych zespołów to grupy całkowicie pierwotne, bo składy najróżniejszych zespołów są dość często uzupełniane o nowych muzyków. I trzon zespołu pozostaje a część muzyków tylko wymienia się. Typem statystycznie dominującym, lokujący się w czubie rozkładu normalnego będzie pewnie taki zespół, który jest rozpoczyna działalność jako grupa pierwotna przechodzi częściową instytucjonalizację i repierwotyzuje się, gdy nowi członkowie adaptują się do funkcjonującej uprzednio grupy pierwotnej. Po bokach tego statystycznego czuba lokują się zapewne zespoły-instytucje i zespoły-grupy pierwotne.
Share:

środa, 14 marca 2012

Między bytem a niebytem. Socjologia muzyki w Polsce



Wczoraj przesłałem umowę autorską na publikację mojej pracy magisterskiej [Socjologia muzyki w Polsce. Współczesność na tle przeszłości, Instytut Socjologii UMK, 2010] w pigułce do redakcji kwartalnika Muzyka przy Instytucie Sztuki Polskiej Akademii Nauk. Tekst powinien ukazać się ,,jeszcze'' w tym roku. Już teraz udostępniam Miedzy bytem a nie bytem..., nim się bardziej zdezaktualizuje. 

Jest to idiograficzny i indukcyjny szkic. Wymieniam i wyliczam w nim najważniejsze dokonania socjologii muzyki w Polsce. Nie dokonuję większych podsumowań, bo tym zajmę się w następnym tekście Kondycja socjologii muzyki w Polsce. Będę celował nim w literacką publiczność socjologiczną, nie zaś muzykologiczną.
Share:

poniedziałek, 5 marca 2012

O etykę redaktorską i bladozielone pojęcie (z serii ludzie mejle piszo)


 http://www.salisbury.edu/helpdesk/images/email.jpg

Otrzymywanie korespondencji od czytelników - zwłaszcza tej krytycznej - jest w przypadku prowadzenia bloga nie tylko nieuniknione. Jest ono pożądane i należy być za nie wdzięcznym, więc dziękuję za poświęcony mi czas i przepraszam za ewentualne odciski na palcach. Zgodnie z trzecim celem prowadzenia bloga upubliczniam tę dyskusję. Ów e-dialog tyczył się wpisu o audiofilach. Pomijam autorstwo tych słów, bo krytykę odbieram i odpowiadam ad rem, a nie ad personam. Oto cytat z mejla.
Czy możesz mi napisać dlaczego piszesz i wypowiadasz się autorytatywnie o rzeczach, których nie masz bladego pojęcia jak byś był ekspertem ? I jeszcze wypowiadasz się o przesyle cyfrowym jako znawca i inżynier, a tak naprawdę popełniasz błędy rzeczowe ?? Ponadto chciałem jeszcze zapytać z jakiego powodu piszesz rzeczy obraźliwe o miłośnikach dźwięku i z jakiego powodu podajesz nieprawdziwe dane o rzeczach typu status majątkowy audiofila, ceny systemów i cel tego zajęcia ? prosiłbym Ciebie o odpowiedź, ponieważ napisanie i opublikowanie takiego knota jest zupełnie sprzeczne z podstawową redaktorską etyką i rzetelnością w zbieraniu i przekazywaniu informacji.
Jest to fragment wymiany myśli. Załóżmy, że najbardziej syntetycznie oddaje, o co autorowi chodzi. Ponadto brak tu wątków pobocznych spychających dyskusję na pozamerytoryczny tor i ton. Mam na myśli takie kwestie: ,,każdy miłośnik odbierze to jako niesprawiedliwość i atak'', ,,robisz burzę w szklance wody'' czy ,,[n]ie ośmieszaj się''. Dostrzegam tu pięć wątków.


1. Że ,,wypowiada[m] się autorytatywnie o rzeczach, których nie ma[m] bladego pojęcia, jakby[m] był ekspertem''. 

Zakładam, że brakuje tu literki ,,o'' sugerującej, że w rzeczony sposób wypowiadam się o rzeczonych kwestiach, a nie że owych rzeczy nie mam. Przeczytałem swój wpis kilka razy i nadal nie wiem, w którym miejscu wypowiadam się autorytatywnie oraz jakbym był ekspertem. Wyjaśnię, że przywołując opinię znanego mi eksperta-elektronika napisałem, że kwestia jego oceny jakości przesyłu sygnału przez kable USB jest - cytuję siebie - ,,do sprawdzenia''. Relacjonuję (zgodnie z herodotowskim relata refero) więc opinię, która przez to jest ciekawa, że wielu może wydać się kontrowersyjna. 

Dodam, że nie czuję się ekspertem nawet w dziedzinie socjologii muzyki, której uczę się zaledwie od października 2006 roku. Wiem, że istnieje coś takiego, jak blogi eksperckie, lecz niniejszy blog nie ma takiego charakteru. Przynajmniej póki co.


2. Że ,,wypowiada[m ]się o przemyśle cyfrowym jako znawca i inżynier, a tak na prawdę popełniam błędy rzeczowe''.

Znowuż relata refero. Ale też pewnie i współczynnik humanistyczny, bo mniej we mnie z naturalisty niż antynaturalisty, że odwołam się do znanego sporu metodologicznego.


3.Że ,,pisz[ę] rzeczy obraźliwe o miłośnikach dźwięku''. 

Słownik Języka Polskiego podaje, że obrażać kogoś to: naruszać czyjąś godność osobistą słowem lub czynem. Nie wiem, w jaki sposób naruszam godność osobistą audiofilów. Pewnie nazbyt kąśliwie opisałem egzaltację recenzenta kabla USB z przywoływanego uprzednio linku. Poprawiam więc owo zdanie we wpisie na: ,,Autorowi recenzji brzmienie kabla spodobało się''. Fakt faktem rola społeczna i zawodowa - że tak powiem - zmusza autora do takich, a nie innych działań. W tym wypadku mocnej, jednoznacznej pochwały recenzowanego sprzętu.


4. Że ,,podaj[ę] nieprawdziwe dane o rzeczach typu status majątkowy audiofila, ceny systemów i cel tego zajęcia''.

Nie podaję, jaki jest status majątkowy audiofila (wydaje mi się, że nic nie napisałem o stanie portfela Szanownych Audiofilów). Piszę za to o symbolu statusu społecznego oraz o lokalizacji w strukturze zawodowej audiofilów, powołując się na artykuł Marca Pelmana. Cena systemów audio jest przykładowa. Nic w wymowie artykułu nie zmieni się, jeśli podaną przeze mnie kwotę 100 000 PLN podzielimy przez dwa albo nawet przez dziesięć. Chodziło mi po prostu o to, że są one dość drogie. Nie piszę także o celu w bycia audiofilem (sic!). To czego dokonuję, to socjologiczna interpretacja zjawiska społecznego w dodatku odnosząca się do branżowej literatury, nie zaś całkowita kreacja własna.


5. Że w efekcie ,,opublikowa[łem] takiego knota'', co ,,jest zupełnie sprzeczne z podstawową redaktorską etyką i rzetelnością w zbieraniu i przekazywaniu informacji''.

Konsultacje z Adamem Czechem i Igorem Pietraszewskim, czyli dwoma doświadczonymi socjologami muzyki nie wykazały większych uchybień socjologicznych, aczkolwiek przypomniano mi o tym, co we wpisie celowo pominąłem, zostawiając pole do dyskusji. Testuję wszak różne praktyki dyskursywne. Chodzi o to, że wartość użytkowa różnych, nieco droższych przedmiotów (zegarków, piór, portfeli...) skorelowana jest pozytywnie z ceną tylko do pewnego pułapu cenowego. Po jego przekroczeniu - pozwolę sobie sparafrazować słowa Adama Czecha - grają pieniądze, a nie kable. Podobnie jest z zegarkami, szminkami i tym wszystkim, do czego częściowo nawiązuje w niedawnym blogowym wpisie Tomasz Szlendak

Nie mnie oceniać, czy opublikowałem knot (zakładam, że to słowo oznacza tekst niskiej wartości a nie część znicza). Jeśli tak jest to przepraszam wszystkich czytelników i obiecuję poprawę:-)

Nie wiem, czym jest etyka redaktorska. Nie znalazłem kodeksu etyki redaktorskiej. Zatem pomijam wątek. Co do rzetelności w zbieraniu i przekazywaniu informacji, to przekonany jestem, że zachowuję ją zgodnie z wymienioną już postawą metodologiczną i przekazuję, co usłyszałem. Zachowuję się jak fenomenolog, który abstrahuje od prawdy ,,przez duże P'', skupiając się na przekonaniach, wyobrażeniach czy opiniach, czyli tego, co socjologów interesuje. Mistrzem socjologii nie jestem, lecz bladozielone - takie w kolorze okładki podręcznika Sztompki do TZSów - pojęcie o niej mam. O innych rzeczach tu nie piszę.


***
Na dolnym marginesie dodam, że chyba uświadomiłem sobie, jak ważną kompetencją w naukach społecznych jest odróżnianie poziomów dyskursu, czyli tego, co autor twierdzi, co przydołuje (z podaniem źródła) oraz co zakłada i jaki ma tenże autor stosunek do swoich założeń. Cisną się więc na usta słowa Petera L. Bergera o ,,królewskiej grze''. Natomiast wszystkim, których - w przeciwieństwie do mnie - śmieszą audiofile polecam blog na którym notorycznie obraża się ich ,,uczucia religijne''.
Share: