środa, 31 stycznia 2018

Muzyka, groza egzaminacji i inne problemy



Dostałem w mediach społecznościowych relację od osoby, która opisała swoje obserwacje na temat uczestnictwa w egzaminach na uczelnie muzyczne. Były to dwa egzaminy: jeden w Polsce, a drugi za granicą. Mniejsza o kraj (choć był to tzw. kraj zachodni, a nie wschodni) i styl muzyczny, bo ciekawsze wydają mi się tu kwestie systemowe. Zacznijmy od faktografii. Będą to dwa wycinki z wiadomości, którą ta osoba przesłała.


Dwa obrazki


Egzamin pierwszy, czerwcowy, wyglądał następująco: przyciemniona, zimna sala koncertowa; grobowa cisza i taki sam nastrój. Słowo ‘optymizm’ nie przechodzi tu przez gardło. Na wysokim balkonie z godnością usadawiają się eksperci oceniający adeptów. Dostojnie, poważnie; z minami egipskich sfinksów. Siedzą. Każdy pewnie życzliwy, ale twarze funebralne. Przed salą kolejka studentów. Każdy ubrany jak trzeba i nerwowy jak trzeba. Wchodzimy kolejno. Niby na egzamin, a jakby na szafot. Pada tytuł utworu, jaki mamy wykonać. Głosem tubalnym, konkretnym.

Następnie prezentacja. W ciszy opuszczamy salę.

Kolejne dni to seria podobnych traumatycznych spotkań. Aktorstwo, kształcenie słuchu, rozmowa. Wyczerpujący do ostatka tydzień. Zawsze kilkunastoosobowa, dostojna komisja.


Egzamin drugi w uczelni prestiżowej, jednej z najlepszych na świecie. Ten sam kierunek. Trochę zamieszania z wyznaczeniem daty, godziny… ale egzamin tylko jeden.

Tłumy gaworzących kandydatów z różnych stron świata, ubrania o bardzo różnym stopniu elegancji. Czasem trochę nie na miejscu. Egzaminy w niedużej salce. Po każdym przesłuchaniu wychodzi z niej urocza czerwonowłosa pani z uśmiechem czytając nazwisko kolejnego kandydata. Przychodzi i na mnie kolej. Wchodzę. Przede mną trójka profesorów… legendarnych, wybitnych.

Jeden młody w sportowym stroju, druga nobliwa pani profesor i takiż sam pan. Uśmiechnięci, rzucający żarcikami od samego początku. Po krótkim small talku proponują wykonanie przygotowanych utworów w dowolnej kolejności, co z radością czynię. Słuchają z zaciekawieniem, reagując mimiką na nastrój utworu. Niedługi uprzejmy dialog i po egzaminie. Wychodzę jak od zaprzyjaźnionego fryzjera.


Interpretacja


Egzamin jako zjawisko społeczne z powodzeniem może być przedmiotem analiz socjologicznych. Dowodnie wykazał to Łukasz Remisiewicz w pracy Egzamin w perspektywie socjologicznej (2016), w której analizował tę społeczną sytuację zarówno od strony historycznej, antropologicznej, jak i w świetle ośmiu socjologicznych teorii, by wreszcie wykorzystując teorię racjonalnego wyboru i łańcuchów interakcyjnych wypracować socjologiczną teorię egzaminu. Autor odnosił się także do empirycznych badań cech konwersacji egzaminacyjnych. Brzmi to dość ciekawie i to nie tylko w kontekście niniejszego wpisu. Nie będę jednak się tymi kwestiami zajmował, a zainteresowanych odsyłam do ww. książki.


Chciałbym dodać do powyższej interpretacji jeszcze inny punkt widzenia -- wydajność pracy. Najpewniej opisane powyżej grono profesorów w czasie egzaminacji było w pracy. Wydajność pracy definiowana jest jako wielkość produkcji wytworzonej przez jednego pracownika w określonej jednostce czasu. W tym wypadku będzie to liczba przeegzaminowanych adeptów na godzinę. Powyższe opisy wskazują, że egzaminacja na jednej z polskich uczelni artystycznych jest zorganizowana w sposób zdecydowanie mniej wydajny niż robi się to w najlepszych kuźniach talentów muzycznych.

Wydajność pracy to zjawisko, które ma oczywiście swój wymiar indywidualny. Jedni są w stanie pracować intensywnie, inni łatwo się rozpraszają. Jedni są leniwi, inni pracowici. Nie chcę twierdzić, że jest to nieistotne. Raczej podkreślić, że wydajność wynika również z tego, jak tzw. zasoby ludzkie są zarządzane, czyli jakie wymogi formalne i nieformalne stawia się przed nimi.


W dodatku siermiężna atmosfera potęguje nieefektywność. Nie jestem pewien jakie są źródła tej atmosfery, jednak zakładać można, że niewydajna praca może raczej pogłębiać ją. Groźną atmosferę egzaminacji psychologowie nazywają stresem egzaminacyjnym. Wracam więc do wyników analiz Remisiewicza, tym razem blogowych, gdzie omawia z neurospołecznej perspektywy dwie strony egzaminowania - stres i obycie egzaminacyjne.
Problem jaki pojawia się w momencie pojawienia się stresu egzaminacyjnego jest następujący. Testy wymagają od nas przetwarzania informacji – nie tylko przypominania sobie informacji z pamięci długotrwałej, ale także operowania przywołanymi informacjami w pamięci roboczej. Jak pokazuje świeża metaanaliza lęk upośledza pamięć roboczą (Moran 2016). Z tego powodu fizjologiczna reakcja stresowa powoduje, że nie potrafimy wykorzystywać pełni swoich umiejętności operowania informacjami (Derakshan and Eysenck 2009), gorzej wykonujemy zadania i z tego powodu otrzymujemy wynik egzaminu nieadekwatny do własnej wiedzy.
Zatem powstaje wątpliwość, czy egzaminy są miarodajne? Pewnie nie są, ale z drugiej strony jedną z funkcji edukacji jest selekcja i jakaś forma egzaminacji jest konieczna (por. np. Borowicz Ryszard. 1976. Selekcje społeczne w toku kształcenia w szkole wyższej. Studium wybranego rocznika młodzieży z UMK, IRWiR PAN). Rzecz w tym - jak sądzę - aby organizować je w sposób zoptymalizowany. 

Widzimy, że sposób organizacji selekcji kandydatów na studia może być zminimalizowany (obrazek II) i zmaksymalizowany (obrazek I). W pierwszym przypadku egzaminację rozłożono na kilka dni i dokładnie studiowano każdy element predyspozycji wokalnych. W drugim przypadku oczekiwano od kandydatów prezentacji próbki talentów w czasie kilkunastu minut.


Cóż, możliwe, że w pewnych krajach wzięto sobie do serca wnioski badań psychologicznych na temat podejmowania decyzji? Mam na myśli choćby badania, które swego czasu popularyzował Malcolm Gladwell w pracy Błysk. Potęga przeczucia (2009). Kanadyjczyk rozróżnił dwa schematy decyzyjne. Nazywa je teoriami cienkich i grubych plasterków. Cienkie plasterki to połączenie skrawków wiedzy i intuicji, grube zaś to wyniki pogłębionych naukowych analiz. Pogłębione analizy bogatego "materiału dowodowego" prowadzą nas niekiedy do tych samych wniosków, co przeczucia. Gladwell przywołując informacje prasowe oraz psychologiczną teorię perspektywy wskazuje, że podejmowanie decyzji na podstawie wyników pogłębionych analiz bywa czasami podyktowane względami pozamerytorycznymi. Grube tomy ekspertyz często służą uzasadnianiu decyzji, a nie minimalizacji różnego rodzaju ryzyk bądź odkrywaniu prawd. Np. pewne instytucje zamawiają tomy ekspertyz, by podeprzeć na nich podjęte już decyzje (zwłaszcza błędne). Autor analizuje sprawę zakupu przez Muzeum J. Paul Getty'ego antycznej greckiej rzeźby, która według ekspertów może być falsyfikatem.

No dobrze, powyższe wskazania pokazują pewne rekomendacje do optymalizacji, ale problem zdaje się być szerszy. 


Spojrzenie z oddali

Co jakiś czas analitycy powołujący się na statystyki OECD przypominają nam o tym, że mamy w Polsce problem z produktywnością naszej pracy. Dopuszczanie licencjonowanych adeptów śpiewu do studiów magisterskich to tylko przykład, bo tu może chodzić też o czas, jaki poświęca się na sprawozdawczość biurokratyczną. Zarówno tę w formie rozliczeń fiskalnych, jak i tę na którą narzekają nauczyciele ze szkół publicznych. Może chodzić też o inne elementy organizacji pracy. 

Autorzy jednej z analiz na temat problemu z produktywnością pracy w Polsce piszą dość obrazowo, że
polski robotnik nie kopie więc łopatą cztery razy wolniej niż niemiecki. Niemiecki po prostu ma do dyspozycji koparkę, jest lepiej zmotywowany do pracy, lepiej poinstruowany (więc nie wykopie niczego tam, gdzie nie trzeba), a na dodatek prawdopodobnie jest w lepszym stanie zdrowia*.
Chyba nie znajdę lepszych słów podsumowania.

Share: